W czwartek 5 czerwca, w sali konferencyjnej Urzędu Miasta i  Gminy  w Broku  wygłoszona została przejmująca prelekcja z przebiegu ekshumacji ofiar zbrodni katyńskiej zatytułowana „Na nieludzkiej ziemi – Charków, Miednoje, Katyń” p. Aleksandra Załęskiego, byłego eksperta fotografii kryminalistycznej Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Głównej Policji, a także członka ekipy ekshumacyjnej w Miednoje, Charkowie i Katyniu w 1991 i 1995 roku.
Prelekcji towarzyszyła wystawa zdjęć z fotografiami dokumentującymi ekshumacje w Charkowie i Miednoje prowadzone w latach 90' na zlecenie Rządu Polskiego.

Gości przybyłych na prelekcję przywitał Burmistrz p. Marek Młyński. Następnie wystąpił p. Aleksander Załęski z prelekcją na temat wystawy, podczas której podzielił się swoimi doświadczeniami i przeżyciami z pobytu w miejscach Zbrodni Katyńskiej.
W kwietniu tego roku minęła 74. rocznica zbrodni katyńskiej. Po radzieckiej agresji na Polskę we wrześniu 1939 roku do niewoli wzięto polskich oficerów, policjantów, funkcjonariuszy innych służb i przedstawicieli polskiej inteligencji. Przetrzymywano ich w obozach dla jeńców w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Od 4 kwietnia 1940 roku polscy jeńcy wojenni byli mordowani strzałem w tył głowy, chowano ich we wspólnych mogiłach w Katyniu, Charkowie i Miednoje. Przez długi czas wydarzenia te były białą plamą w historii, dopiero na początku lat 90. ubiegłego wieku zaczęto głośno o nich mówić. W 1991 roku rozpoczęto ekshumacje zbiorowych grobów w Charkowie i Miednoje.

Pan Aleksander Załęski był wówczas ekspertem fotografii kryminalistycznej.

Jak wspomina, w jego rodzinnej historii pojawił się także wątek katyński. – Kuzyn mojego ojca, płk Konstanty Drucki–Lubecki był na tzw. ukraińskiej liście katyńskiej – opowiada. – W 1940 roku został ranny, przewieziono go do szpitala w Kijowie, gdzie następnie został aresztowany. Prawdopodobnie rozstrzelano go i zakopano w jednej ze zbiorowych mogił w Bykownie. Dziadka również rozstrzelano w 1940 na Ukrainie – dodaje.  – Jego żonę, moją babcię, księżną Jadwigę Drucką-Lubecką wywieziono z jej posiadłości w okolicach Równego na Wołyniu na Syberię do Kazachstanu. Dziadek pojechał do Równego, gdzie go aresztowano i osadzono w więzieniu w Dubnie na Ukrainie. Tam też został rozstrzelany.

Charków – Starobielsk - 1991


Szefem polskiej ekipy ekshumacyjnej był prokurator Stefan Śnieżko. W jej skład weszło jeszcze trzech policyjnych ekspertów: prof. Bronisław Młodziejowski - antropolog i dyrektor Instytutu Nauk Policyjnych w Wyższej Szkole Policyjnej w Szczytnie, Jarosław Rosiak – z wydziału batalistyki, specjalista z zakresu broni palnej Centralnego Laboratorium Kryminalistyki KGP i Aleksander Załęski ekspert fotografii z Centralnego Laboratorium Kryminalistyki.

22 lipca 1991 roku przez Przemyśl i Medykę polska ekipa wyruszyła w kierunku Charkowa autokarem, w którym znajdowała się również grupa dziennikarzy i potrzebny do prac sprzęt.
Na miejscu, polscy eksperci zaczęli chodzić po całym obszarze i szukać zagłębień terenu. W tych miejscach zaczęto kopać – wspomina p. Załęski. – Właśnie tam znajdowały się szczątki polskich oficerów. Polska ekipa dokumentowała wszystko. Robiono zdjęcia terenu, mogił, szczątków ludzkich i wszystkich przedmiotów, które wydobywano z ziemi.

– Wykonałem wówczas tysiące klatek – opowiada p. Aleksander Załęski. – Dokumentację sporządzałem w dwóch egzemplarzach, jeden dla prokuratury polskiej, drugi dla rosyjskiej prokuratury wojskowej. Na miejscu prowadzone były też oględziny. Dokładnie fotografowałem wszystkie szczątki, zwłaszcza czaszki. A dokładniej otwory wlotowe i wylotowe od kul.

Przy szczątkach, w zbiorowych dołach znajdowano przeróżne drobiazgi osobiste. Zachowały się elementy płaszczy wojskowych, guziki od mundurów, lusterka, koziołki służące do zdejmowania butów oficerskich. Znaleziono dokumenty, świadectwa, banknoty i listy od rodzin. Wszystko to zostało zabezpieczone i udokumentowane fotograficznie.

W międzyczasie polska ekipa pojechała do Starobielska, położonego 200 km od Charkowa, gdzie znajdował się zespól cerkiewny, w którym prawdopodobnie w czasie II wojny światowej przetrzymywani byli w niewoli polscy oficerowie. Na miejscu okazało się, że jest on otoczony płotem i zabezpieczany przez wojsko. – Jako pierwsi mogliśmy wejść na teren zespołu cerkiewnego – wspomina Załęski.  – Mogliśmy zrobić zdjęcia z zewnątrz, do środka jednak nas nie wpuszczono.

Na początku sierpnia zakończył się pierwszy etap ekshumacji. Odprawiono wówczas nabożeństwo żałobne, w którym uczestniczyli duchowni katoliccy i protestanccy oraz kilka tysięcy ludzi.

Miednoje – Ostaszków – 1991, 1995

Z Charkowa polska ekipa udała się na północ Rosji. Pokonując ponad tysiąc kilometrów, udali się do Tweru (dziś Kalinin), od którego o 20 kilometrów oddalone jest Miednoje.
Podczas ekshumacji Polakom towarzyszyło dwóch wojskowych prokuratorów rosyjskich: płk Stefan Rodziewicz, oraz płk Aleksander Trietecki.

Rozpoczęto prace ekshumacyjne. Wyglądało to inaczej niż w Charkowie. Po pierwsze teren w Miednoje był ogrodzony, a pomiędzy drzewami rozsiane były domki letniskowe  – znajdował się tu ośrodek wypoczynkowy dla rosyjskich służb.

Ziemia w tych lasach była gliniasta, ciężka, a wszystkie wody spływały do dołów, które wykopano 51 lat wcześniej, by później zasypać w nich zastrzelonych polskich oficerów.
P. Aleksander Załęski wspomina, że szczątków nie można było wyciągać ręcznie, jak w Charkowie, gdzie ziemia była piaszczysta, ale trzeba było użyć koparki. Jej łyżka wbijała się w ziemię, wydobywając zbitą ludzką masę w kolorze granatowej mazi. Mundury polskiej policji, leżąc ponad 50 lat w tej wilgotnej ziemi, puściły kolor, barwiąc wszystko: ziemię, glinę i szczątki.
Podczas prac na miejscu Polakom pomagała kompania żołnierzy rosyjskich. Szkielety i czaszki przed ich sfotografowaniem trzeba było umyć. Przez to, że leżały w tej wilgotnej mazi, na niektórych z nich zachowała się substancja woskowo-tłuszczowa, a zapach, który unosił się nad dołami, do dziś dla p. Aleksandra Załęskiego jest trudny do określenia, pomimo że w swojej wieloletniej pracy zetknął się z różnymi obliczami śmierci.

200 kilometrów na północny-zachód od Tweru jest miejscowość Ostaszków, niedaleko której na jeziorze Seliger jest wyspa Stołbynyj. Na niej w XVI wieku zbudowano monastyr, dzisiaj nazywany Pustelnią Niłowo-Stołobieńską.  – Mogliśmy chodzić po wszystkich budynkach i pomieszczeniach, ale nawet gdyby tam były ślady pobytu polskich oficerów, polskie napisy na ścianach, to i tak byśmy ich nie znaleźli, bo nawet tynki były poskuwane – relacjonuje p. Aleksander Załęski.

To właśnie w tym zespole cerkiewnym w latach 1939/40 przetrzymywano 6 tys. polskich policjantów, funkcjonariuszy Straży Granicznej, Korpusu Pogranicza, strażników więziennych. To stąd w kwietniu 1940 roku transportami po 250 osób wywożono ich do Tweru, gdzie w piwnicach budynku NKWD (dzisiaj budynek Akademii Medycznej) rozstrzeliwano strzałem w tył głowy. Głowę, która intensywnie krwawiła, owijano płaszczem lub innym suknem, a zwłoki wrzucano na ciężarówki i wywożono do wcześniej wykopanych dołów w lasach w Miednoje.

Brzozowe krzyże

Podczas obu ekshumacji w Miednoje, podobnie jak w Charkowie, zabezpieczono także wiele rzeczy osobistych zamordowanych tam polaków: elementy umundurowania, pamiątki rodzinne, listy od bliskich, banknoty, czy pudełka do tytoniu – na jednym z nich widniał nawet napis „1940 Ostaszków - Seliger”.

Za ironię losu można uznać wydarzenia, o których mówi p. Aleksander Załęski. W 1995 roku, podczas kolejnych ekshumacji w Miednoje, wydobyto z dołu fragment strony „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, na okładce którego było zdjęcie brzozowego krzyża, przy którym znajduje się żołnierz na koniu. Podpis pod zdjęciem w gazecie brzmi: Śpij kolego w ciemnym grobie, niech się Polska przyśni Tobie.
– Dzień wcześniej, zanim odkryliśmy ten fragment gazety, zrobiliśmy brzozowe krzyże i ustawiliśmy je w lesie pomiędzy drzewami – wspomina p. Aleksander Załęski. – To było wstrząsające – kończy swoją opowieść.